Codziennie budzę się w tym samym miejscu, z tą samą świadomość, że nic
nas nie czeka. Na jedno nie można narzekać, nie ma tutaj absolutnie
żaden rutyny. Codziennie jest coś nowego, codziennie jest walka o życie,
nowe doświadczenia, napotkane twarze, pożegnanie tych, którym nie udało
się wrócić. Wyszłam z łóżka, czując otaczający mnie chłód. Niezgrabnie
poczłapałam się do łazienki, która znajdowała się w mym skromnym
mieszkanku. W kilku mieszkaniach znajduję się dostęp do bieżącej wody,
dzięki czemu nie muszę wychodzić, aby wziąć prysznic. Muszę przyznać, że
nie jest to zbyt komfortowe, gdy trzeba się kąpać za cienką zasłonką.
Nawet, teraz gdy trwa apokalipsa zombie, to znajdą się tacy, którzy z
radością będą podglądać kąpiące się kobiety. Co jest w tym najgorsze? Z
niektórymi z tych napaleńców muszę pracować.
Po zmyciu z siebie
całego brudu przyszedł czas na ubranie się. Nie lubiłam marnować ubrań
na zombie, dlatego nałożyłam jedne z czerwonych dresów, a biust
owiązałam bandażem, którego miałam pod dostatkiem. Nie ukrywałam, że nie
wszystko oddawałam, wracając z wizyty w mieście. Często zachowywałam
dla siebie, trochę słodyczy, ładniejsze ubrania, czy też wina.
Wychodząc
z bloku, moim celem stała się stołówka. Nikt nikomu nie zabrania jeść,
jednak jeśli magazyny byłyby otwarte przez cały czas, dla wszystkich,
szybko zniknęłyby wszelakie zapasy, dlatego właśnie jedzenie jest
porcjowane, w zależności od płci, wieku, oraz wykonywanych misji.
Podeszłam do niewielkiego okienka, gdzie kobieta odznaczyła mnie i
podała przypisaną mi porcję. Bułkę z białym serem oraz szklankę wody.
Nie był to szczyt mych wymagań, ale zawsze lepsze to niż nic. Apatycznie
mieliłam pieczywo w ustach, rozglądając się po pomieszczeniu, większość
osób jeszcze spała, a pozostali, których tutaj nie widziałam, zapewne
pracowali. Każdy miał ustalone stanowisko, które zostało przydzielane po
wcześniejszej konsultacji, każdemu zadawało się pytania, oceniało jego
zdolności. Nie mogłam pozwolić, aby ktoś, kto nigdy nie miał styczności z
bronią, wyszedł na zewnątrz. Zagrażałoby to nie tylko jego życiu, ale i
całej grupy. Oddałam zużyte naczynia, wychodząc na zewnątrz. Po prawej
stronie piętrzyły się drzewa, z ostatnich nasion, jakie pozostały, oraz
różnego rodzaju warzywa, co ciekawe w specjalnych zagrodach, było
również bydło, a nawet kurczaki, co ułatwiało nam pracę, a nawet
pozwalało samym wytwarzać pieczywo. Co jakiś dzień, przybywali do nas
nowi, nie wiadomo gdzie i jak się uchowali, ale pozwalało nam to na
poszerzenie map. Sama byłam kiedyś takim nowym członkiem, tylko z
większą agresją i pazurem.
~~~~
Minęły
dwa miesiące od wybuchu epidemii. Znalazłam schronienie w niewielkim
mieszkaniu, które łatwo było strzec. Jednego dnia jedząc prowizoryczny
obiad, usłyszałam o mieście, gdzie zombie nie mają wstępu. Otoczone
wielkim murem miasto Santari,
miało być schronieniem dla wszystkich ocalałych w tej katastrofie.
Zapewniali bezpieczeństwo, pożywienie, wodę, dach nad głową. Wszystko,
czego człowiek potrzebował w tamtej chwili. Bez namysłu spakowałam
wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i z kataną w ręce wyszłam ze swojego
azylu, kierując się na północ. Dni mijały niesamowicie szybko, a z mojej
ręki zaczęli ginąć nie tylko umarli. Pierwsza ludzka krew znalazła się
na mojej twarzy, gdy próbowałam się bronić. Nie chciałam go skrzywdzić.
Młody chłopak wymachiwał na oślep siekierą, chcąc odebrać całe moje
zapasy. Tłumaczyłam, że możemy iść razem do miasta, że to nie musi się
tak skończyć. Obydwoje możemy żyć. Mówią, że w takich sytuacjach
człowiekiem nie myśli racjonalnie, dla mnie to był odruch, gdy słowa nie
dawały żadnego rezultatu, wiedziałam, że albo zginę ja, albo on.
Prostym faktem, jest dla każdego, że wybrałam jego śmierć. Widząc
nieruszające się ciało i krew na mych rękach poczułam złość. Nie było mi
go żal, byłam na niego zła, że zaślepionymi własnymi korzyściami nie
zaprzestał tej bezsensownej walki i nie wysłuchał mnie do końca.
Usiadłam obok jego ciała i wbiłam ostrze w kręgosłup, wypowiadając
krótkie słowa.
- Głupi zawsze umierają pierwsi - Wyjęłam z torby butelkę wody i batonika truskawkowego, robiąc sobie czas na odpoczynek.
Wychodząc
z klitki, w której spędziłam noc z nieżywym przyjacielem, ostatni raz
na niego spojrzałam, uśmiechając się. Zawróciłam, podchodząc do ciała,
któremu odcięłam głowę.
- Lepiej, żebyś nie chciał się kiedyś zemścić - Mruknęłam, ziewając i kierując do mojego celu.
~~~~
Bez
serca, litości i sumienia. Słyszałam to nie raz i zapewne, jeszcze
wiele razy usłyszę te słowa, które padają w moim kierunku, niczym
strzały. Ludzie marszczą nosy i wskazują palcami, gdy usłyszą, że dla
bezpieczeństwa swojego i towarzyszy byłam zdolna do zabicia zwykłego
człowieka, który napadł na nas i chciał pozabijać. Nikt jednak nie pyta,
jak my się wtedy czuliśmy, czy dało się z tą osobą porozmawiać, ludzie
nie rozumieją, że gdy przez dwa lata siedzi się w zamknięciu i strachu
przed zombie, lub przed tym, że może umrzeć z głodu już następnego dnia
można zwariować, postradać wszystkie zmysły. Tacy ludzie, pomimo iż
wyglądają normalnie, to w środku już dawno stali się umarłymi. Łatwo
oceniać, podczas gdy siedzi się w cieple i nie wie, co się przeżywa na
każdej misji, z której wszyscy mamy świadomość, że możemy nie wrócić.
Nie
wiem, co napadło mnie, gdy zgadzałam się na bycie dowódcą. Oczywiście,
że są z tego powodu plusy, które bardzo szanuje i ułatwiają mi codzienne
życie tutaj, ale jest też tyle obowiązków, że obawiam się, że któregoś
dnia to wszystko mnie przerośnie. Przed ludźmi pokazuje obojętność, ale
również czuje żal, dowiadując się, że ktoś zginął. Zanim pozwolę komuś
na wyjście i eksploracje okolic, wymieniam w myślach wszystkie za i
przeciw dobieram odpowiednio ludzi, aby podczas większego zagrożenia,
był ktoś, kto nie ucieknie, tylko rozważnie do tego wszystkiego
podejdzie. Ludzie nawet nie wiedzą, ile odpowiedzialności wiąże się z
tym stanowiskiem.
- Gdzie jest dowódca? Ktoś ją widział, nigdzie
nie można jej znaleźć! - Spojrzałam w dół. Żaden z nich nie pomyślał,
żeby poszukać mnie na murzę, tam, gdzie właśnie teraz powinni się
znajdować oni. Westchnęłam, zastanawiając się, czy odpuścić sobie
krzyczenie dzisiaj, czy wręcz przeciwnie. Kilka sekund później stałam już przed nimi, otrzepując z siebie niewidoczny kurz.
- Była tam, gdzie powinniście być wy - Wskazałam
palcem na mur. Dwóch z nich momentalnie ruszyło do drabinek, a reszta
została. Przewróciłam oczami i spojrzałam na nich pytająco.
-
Trzeba wyruszyć na zewnątrz. Ostatnio z murów widzieli, jak kręcą się
tutaj trupy, trzeba ich unieszkodliwić i kończą się leki.
- Rozumiem - Przyłożyłam
palec do ust, rozmyślając kto, mógłby iść obejrzeć okolice. Kwestia
leków to temat zupełnie inny, apteki w najbliższej okolicy zostały już
przez nas splądrowane - Wyjdziemy
razem, obejdziemy okolice, zabijemy to, co tam chodzi, a wyprawę do
apteki trzeba będzie przygotować, będzie na to potrzeba minimum 3 dni - Wyciągnęłam katany i spojrzałam na nich z ironicznym uśmiechem - Na co czekacie? Powiedziałam, że idziemy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz